Wysiadłam na lotnisku z dzieckiem pod pachą i mężem wielbłądem w obrzyganych jeansach i włosach w nieładzie.
Spotkać pierwszy raz w życiu moich teściów… Teraz powiem Wam, jak do tego doszło….

Cofnijmy się troszeczkę wstecz.

Dobra młodemu lada dzień stuknął 4 miesiące zatem najwyższy czas na podróżowanie! Kupiliśmy okazyjnie bilety i postanowiliśmy odwiedzić moich teściów w Albanii.
Tak, tak mój mąż pochodzi z Albanii, ale to inna historia 😉

Przygotowania…

Kurdę okazało się, że podróżowanie z niemowlakiem do najprostszych nie należy. W sumie można powiedzieć, że z dwójką dzieci, z tym że większe nie nosi już pieluchy … 😉
Zabrałam się za pakowanie całej naszej małej rodzinki oczywiście ze sobą i mężem nie miałam problemu. Ciuszki i akcesoria małolata na pobyt to w sumie też nie ma problem — zapakowałam, to czego używamy w domu — łącznie z mlekiem i dzidziusiowymi akcesoriami.

Wyzwaniem natomiast okazało się spakowanie wszystkiego, co jest potrzebne na drogę, serio z maluszkiem trzeba być przygotowanym na wszystko, włączając w to kolkę, setkę pieluch na zmianę, minimum dwa komplety ciuszków coś na czym maluch oko zawiesi jak nie śpi, zapas mleka, czystych butelek, smoczków, śliniaczków, pieluszek tetrowych kremików dupików i wszystkiego innego uffff. Okay ostatecznie udało się wszystko zapakować. Dodatkowo kilka drobiazgów do bagaży podręcznych mojego i męża i jesteśmy gotowi.

Zaczynamy podróż!

Z racji dość dobrego połączenia z lotniskiem postanowiliśmy pojechać transportem miejskim. Autobus, metro, pociąg z bagażami i wózkiem hmmm.. W sumie nie było tak źle! Małolat spał elegancko, więc jechaliśmy ze spokojem.
Lotnisko standardowe procedury z jednym mniej standardowym wyjątkiem. Sprawdzenie wózka.

Małolat dalej smacznie chrapał. Wszystko pojechało na taśmie, a Pani z ochrony granic prosi o wyciągnięcie wszystkiego z wózka — już, to zrobiłam wcześniej, o czym ją informuję. Pani otwiera przejście obok bramki, ciągnie wózek, nagle patrzy do środka i z przerażeniem podnosi wzrok na mnie… Ja również przerażona, bo nie rozumiem, dlaczego ona patrzy na moje śpiące dziecko, jakby było workiem z kokainą co najmniej.

Po chwili ciszy Pani mówi — Prosiłam o wyjęcie wszystkiego…

Zabieram zatem moją małą śpiącą kokainę i czekam na kontrolę (LoL).

Wypraszam sobie, mój angielski nie jest super-ekstra, ale zazwyczaj rozumiem proste polecenia 😉 Pani określiła wszystko jako — wszystkie rzeczy, syn mój rzeczą nie jest zatem został w wózku – to wszystko.

Małolat o dziwo całkiem grzeczny współpracuje. Oczekiwanie na samolot, karmienie, pielucha — standard nic ciekawego.
Wreszcie boarding! Jesteśmy w środku i trzymamy kciuki, żeby nikt nie zajął 3go siedzenia. Szczerze mówiąc to na szczęście dla wszystkich, którzy siedzenia nie zajęli…
Ponieważ maluch wyspał się wcześniej, rozglądał się zadowolony, przyglądał się ludziom.

Połowa lotu przebiegła całkiem spokojnie, dzieć zadowolony mąż robiący bałagan w torbie malucha i moim plecaku — standard. Zaczęło się później — po potężnej butelce mleka i sowitym beknięciu zaczęło się marudzenie.
Teraz bądź mądry i zgaduj dlaczego — pielucha sucha, brzuszek pełen, ale coś jest nie tak. Tata przejmuje malucha, buja, chodzi w kółko, podrzuca, zagaduje, rozśmiesza, mały dalej marudzi — teraz moja kolej.

Ledwo przejęłam malucha, chcąc go przytulić, a on bardzo wdzięcznie zwrócił na mnie całą zawartość swojego brzuszka…
Co najważniejsze humor małego uległ poprawie i zaczął układać się do snu.

Mąż wiernie próbował wyczyścić mnie mokrymi chusteczkami, niestety hmmm, krótko mówiąc, nie wiele to dało.
Ogarnęłam koszulkę i jako tako jeansy, po czym wylądowaliśmy.

Teściowie oczywiście deptali dziurę na lotnisku w strefie przylotów, czekając na nas. Uściskom i całusom nie było końca, mama wsadziła coś mi i małemu do kieszeni jak się później, a co to było i dlaczego smarowałam drzwi miodem, napiszę później.
Teściowie podobno nie zauważyli mojego stanu — bardzo taktowanie z ich strony. Chociaż w mojej pamięci pozostanie to na zawsze. Jedno jest pewne, wrażenie zrobiłam piorunujące 😀

Dodaj komentarz