Zastanawiam się w sumie, kiedy zniknęła muzyka. To jednak nie było wtedy, kiedy dowiedziałam się, że mój syn jej nie słyszy.

Jest to dla niego tylko hałas.

Stało się to trochę wcześniej… W 20 tym tygodniu ciąży gdy lekarka przekazała nam informacje jak wyrok ok. 70% szans na głębokie upośledzenie. Nacisk na przerwanie ciąży. Przepłakane miesiące milion wizyt u lekarzy… Kiedyś podzielę się z Wami tą historią, ale jeszcze nie teraz.

To właśnie wtedy wycięłam muzykę z mojego życia nie słuchałam nic, ani smutnego, ani wesołego. Totalnie nic. Nie świadomie bez intencji wycięłam muzykę z mojego życia.

Jak małolacik przyszedł na świat okazało się, że jest głuchy.

Muzykę odepchnęłam jeszcze dalej. Nie mogłam śpiewać mojemu dziecku, nie mogłam puścić mu kołysanki, ukoić go moim głosem czy włączyć misia szumisia, którego dostał od swojej młodziutkiej cioci przejętej swoją rolą na maxa.

Młody rósł leciał tydzień za tygodniem. Pojawiły się aparaty słuchowe, ale utrata słuchu była zbyt duża żeby słyszał normalnie. Mimo wszystko ważne było, żeby codziennie je nosił. Musicie jednak wiedzieć, że przy dużej utracie słuchu aparaty owszem wzmocnią dźwięk, ale odbiór często jest mało wyraźny, nie dokładny, nadal za cichy. Zatem dla małolata muzyka była tylko hałasem, większość dźwięków nie miała dla niego znaczenia. Codziennie jednak walczyliśmy czytałam mu rymowanki nawet śpiewałam dziecięce piosenki żeby stymulować rozwój neuronów w mózgu. Czasem włączyłam jakąś piosenkę, ale to nie było to… totalnie tego nie czułam.

Jakoś smutno to brzmi co piszę. No sorry, ale chcę zrobić klimat . Nie no żartuję.

Nie myślcie, że byłam płaczącą mimozą. Ja wtedy chyba zmieniłam się w człowieka zadanie. Człowiek kalendarz w akcji 4 razy w tygodniu do lekarza jeden, drugi, trzeci szpital trzeba zrobić to i tamto. Dojechać nakarmić przewinąć jedna terapia i druga terapia, dom i spać. Wstać i zjeść musiałam jakoś poradzić sobie z całym bólem i rozpaczą, która stała za drzwiami gotowa wedrzeć się jak biegunka pod pretekstem bąka, a czasu to ja na to kochani nie miałam.

Uśmiechałam się, bo w tym wszystkim było wielkie szczęście mój syn. Czasem (czyt. kilka razy dziennie) obrzygał mnie spał tylko w moich ramionach i nie mogłam się umyć póki małż nie wrócił do domu, ale miłość była po stokroć większa. Uśmiechałam się i działałam na pozór normalnie, ale byłam napięta jak guma od gaci. Mogłam pęknąć w każdej chwili ale kochani mamy to .

Muzyka wróciła po prawie 24 miesiącach ciszy mamy to. Małolat dostał swoją szansę. Nosi na główce implanty, które pozwalają mu słyszeć – prawie wszystko. Kochani on słyszy muzykę musi się jej tylko jeszcze nauczyć. Doskonale słyszy jak mówię stop i jak śpiewam.

Dopiero dwa miesiące po operacji odpuściłam. Pozwoliłam sobie na więcej, pozwoliłam sobie być zmęczona czy smutna i muzyka wróciła! Słucham, a raczej słuchamy razem i znowu śpiewam jak wariatka i czuje tą muzykę wszędzie, bo ta muzyka to chyba zawsze była wyrazem moich uczuć, jakie by one nie były. Te które miałam w sobie na tamten czas były zbyt czarne żeby pozwolić im hulać. Mogłyby zakłócić zadania, które musiałam wykonać, musiałam doprowadzić do „uśpienia” wirusa, musiałam ćwiczyć z moim dzieckiem, musiałam być twarda jak głaz, musiałam doprowadzić do momentu w którym jesteśmy dzisiaj, a małolacik słyszy.  Wypchnęłam je, zatem za drzwi razem z muzyką.

Nie jest idealnie i dalej nie jest łatwo dużo pracy przed nami, ale teraz mamy muzykę. Wszystko będzie dobrze

Dodaj komentarz